Powrot

Bałkańskim Szlakiem 2013

Dzień 1 - dojazd do Slavonskiego Brodu
Czwartek, 11 lipca 2013 roku był długo oczekiwanym dniem. Wstaliśmy bardzo wcześnie- czekał na nas prawie tysiąckilometrowy przejazd do Slavonskiego Brodu, chorwackiego miasta położonego tuż przy granicy z Bośnią i Hercegowiną. Samochód był już spakowany, tak więc pozostało nam wybudzenie dzieci, zabranie bieżących, przydatnych w podróży drobiazgów- i wyruszyliśmy.

Nasza trasa wiodła przez Czechy, Słowację, Węgry i Chorwację. Bez większych przygód, późnym popołudniem, dojechaliśmy do Slavonskiego Brodu - miejsca pierwszego noclegu i spotkania z pozostałymi załogami. Mieliśmy wcześniej zarezerwowane noclegi w pensjonacie znajdującym się tuż obok głównego deptaka z kilkunastoma knajpkami. Tym samym znalezienie miejsca na wspólną kolację nie stanowiło najmniejszego problemu.

Dzień 2 - wjazd do Czarnogóry
Rankiem kolejnego dnia dotarła do nas ostatnia, czwarta załoga: Adam z Asią i dziećmi. Przed południem, już w komplecie, wyruszyliśmy w drugą część trasy dojazdowej: przez Bośnię i Hercegowinę do Czarnogóry.

Po przekroczeniu bośniackiej granicy w oczy rzucały się pozostałości po wojennej zawierusze: opuszczone i zniszczone budynki, niejednokrotnie ze śladami po kulach.


Tego typu pamiątki można spotkać na terenie całego kraju- nie tylko w pasie przygranicznym: są miejscowości, w których stoją pensjonaty i hotele opuszczone przed laty, straszące porwanymi firankami, z odrapaną elewacją: wyglądają, jakby bez powodzenia czekały na powrót dawnych właścicieli... Przy drodze natrafiliśmy też na informacje o zaminowanych polach. Odnieśliśmy wrażenie, że państwo stara się nadgonić stracony czas: w większych miastach widać bardzo dużo budów, przy drogach stoją szkielety przyszłych biurowców, sklepów czy też zwykłych domów. Niestety: częstym zjawiskiem jest wykorzystywanie do budowy wszelkich dostępnych materiałów oraz zagospodarowywanie jeszcze nie dokończonych budynków- z tego względu nie powinien dziwić widok dwupiętrowego domu, w którym na drugim piętrze trwa budowa, ściany są nieotynkowane, a na parterze działa już sklep ogrzewany "kozą", której okopcona rura wystaje ze ściany, zaś drzwi zrobione są z płyty paździerzowej wzmocnionej blachą.


Dla kontrastu, po drugiej stronie ulicy, może być akurat położony nowowybudowany salon Mercedesa lub innej luksusowej marki albo też przeszklona galeria handlowa. Ogromną dynamikę zmian można zauważyć przede wszystkim w Sarajewie- stolicy Bośni. Miasto, przeżywające szczyt swojego rozkwitu w latach osiemdziesiątych w trakcie wojny w latach 1992-1995 zostało doszczętnie zniszczone. Teraz jest ogromnym placem budowy.
Przejazd przez miasta i wsie Bośni powodował w nas pewne wyciszenie, skłaniał do refleksji. Jednak kiedy wjeżdżaliśmy w góry zaskakiwały nas piękne pejzaże, zielone łąki, które zachęcały do rozbicia obozu oraz malownicze jeziora. W naszych głowach pojawiła się nieśmiała myśl, żeby kiedyś przyjechać tu na dłużej i lepiej poznać ten kraj... Kolejną cechą Bośni, która zwróciła naszą uwagę była liczba patroli policyjnych. Jedne stały z fotoradarami, inne kontrolowały samochody zatrzymane wyrywkowo, a inne odpoczywały przy drodze w cieniu drzew. Po kilkuset kilometrach dojechaliśmy do granicy z Czarnogórą. Na małym, górskim przejściu nie było ruchu, zostaliśmy odprawieni na bieżąco. Po kolejnych kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się. Naszym oczom ukazała się panorama jeziora Pivsko- największe zaporowe jezioro w kraju.


Strome skały wpadające do aż przesadnie błękitnej wody robiły piorunujące wrażenie. Po przejechaniu przez most nad kanionem rzeki Pive oraz przez tamę dotarliśmy do Plužine, gdzie uzupełniliśmy zapasy, przy okazji zaopatrując się w miejscowe arbuzy. Nastał czas na szukanie miejsca na pierwszy nocleg na czarnogórskiej ziemi.
Ruszyliśmy w góry otaczające jezioro.


Droga wiodła sklaną półką wzdłuż wybrzeża, niejednokrotnie przechodząc przez tunele wyryte w skałach. Pięliśmy się do góry, znajdując wreszcie odpowiednie miejsce: małą polankę pośród szczytów, na których leżał śnieg. Miejsce było bardzo nastrojowe: zwłaszcza kiedy rano wstało słońce oświetlając szczyty i rozpraszając snującą się pośród nich mgłę.



Dzień 3 - Durmitor
Kolejnego dnia nastał czas na przejazd przez Durmitor, trasą przez Trsa do Žabljaka. Pięliśmy się serpentynami prowadzącymi przez zbocza gór,


wjeżdzając wreszcie na piękne połoniny.


Po krókim postoju i przejechaniu kolejnych kilkunastu kilometrów dotarliśmy do kanionu rzeki Tary i Sušicy- najgłębszego kanionu w Europie. Głęboka na około 250-300 m rozpadlina przecinała równinę niczym wejście do niższych partii Ziemi. Nasza droga wiodła na dno kanionu, wspinając się następnie po jego zboczu. Mieliśmy przedsmak albańskiej przygody- przejeżdżając pod nawisami skalnymi, z jednej strony mając skały, z drugiej stromą, co najmniej kilkudziesiesięcio metrową przepaść, a przed sobą szutrowo-kamienistą drogę mieszczącą jeden samochód. Po pokonaniu tego odcinka ponownie mogliśmy cieszyć oczy widokiem połonin i wznoszących się w oddali gór. Dzień zakończyliśmy na campingu u podnóża mostu na Tarze.



Dzień 4 - dojazd do granicy albańskiej
Plan na 14 lipca zakładał przejazd w okolice Plav, które położone jest niedaleko granicy z Albanią. Nie śpiesząc się zbytnio godziny przedpołudniowe poświęcliliśmy na oglądanie i fotografowanie mostu, którego ponad 170 metrowa wysokość nadal wywiera duże wrażenie. Niektórzy z nas (Jacek z córką) postanowili skorzystać z dodatkowej atrakcji: zjazdu na linie, która rozwieszona była na wysokości mostu, pomiędzy brzegami kanionu. Wprawdzie, według relacji zjeżdżających w przejażdżce nie było nic zbytnio emocjonującego, ale widok osoby sunącej na cienkiej linie, kilkaset metrów nad ziemią zmobilizował wszystkich przebywających na moście turystów do bacznego przyglądania się tej przygodzie. Być może byli wśród nich łowcy sensacji, którzy planowali uchwycić jakieś niestandardowe zachowanie uprzęży lub liny, ale na szczęście do takiej sytuacji nie doszło :).

Ruszyliśmy na wschód. Pierwsza część trasy wiodła polnymi i szutrowymi drogami, które tradycyjnie już dla tego regionu pięły się pośród wzgórz, przecinając na przemian lasy i połoniny. Mniej więcej w połowie drogi dotarliśmy do Parku Narodowego Biogradska Gora. Mieliśmy chwilę przerwy na posiłek i krótkie zwiedzania okolicy, po czym pojechaliśmy w kierunku Plav.
Znamienne dla Czarnogóry jest to, że można wybrać dowolną drogę i mieć pewność, że po pewnym czasie będziemy przejeżdzać albo przez kręte, stuosiemdziesięcio stopniowe serpentyny, albo na trasie znajdować się będą długie, ciemne tunele, albo też droga doprowadzi nas do połonin lub gór, których widok potrafi zadziwić najbardziej wybrednych amatorów pejzaży.
Pod wieczór rozpoczęliśmy tradycyjne rozglądanie się za miejscem na rozbicie namiotów. Objeżdzając wkoło jezioro Plavsko dotarliśmy do położonego na brzegu hotelu, w którym pozwolono nam zatrzymać się na terenie otaczającym zabudowania. Po raz pierwszy od kilku dni mieliśmy dostęp do prawdziwej toalety, a co najważniejsze dla dużej części naszej grupy: Internetu :). Piotrek skorzystał z sytuacji i rozwinął hamak, nastał też czas na chwilę odprężenia i relaksu przed jutrzejszym wjazdem do Albanii.



Dzień 5 - witaj Albanio !
Z Plav do granicy jest kilkanaście kilometrów świeżo wybudowanej drogi. Niewielkie górskie przejście graniczne to kilka małych budynków, ze znudzonymi celnikami. Po krótko trwających formalnościach znaleźliśmy się na albańskiej ziemi.


Niemal od razu za granicą skończył się asfalt i zaczęła kamienista droga. Po opuszczeniu Czarnogóry pasma górskie zdecydowanie zmieniły swój charakter. Albańskie krajobrazy emanują swoją surowością i w pewien sposób niedostępnością. W mijanych domach (często pojedyńczych, oddalonych od siebie ze względu na brak miejsca na zboczach gór) w oczy uderzała bieda. Z drugiej strony- być może ci ludzie byli biedni według naszych kategorii, jednak wcale nie potrzebowali więcej do życia? Po co w chacie ukrytej pośród dwutysięczników, piękny ogród czy zagospodarowana działka z drogą dojazdową wyłożoną kostką? Ogrodzenie jest z pni drzewa, bo o te nietrudno, prąd z agregatu lub turbiny wodnej, podwórko z natury już jest kamieniste, więc woda się nie zbiera... Do tego owce lub kozy stanowiące podstawę wyżywienia i próba najefektywniejszego zagospodarowania każdego skrawka żyznej ziemi. Ludzie Ci muszą być silni- żyją na odludziu, zdani na siebie- gdzie do najbliższej większej miejscowości dzieli ich 3-4 godziny jazdy samochodem lub drugie tyle jazdy wierzchem na ośle.
Droga stała się wymagająca. Naszą uwagę przykuwały liczne przydrożne płyty pamiątkowe z wizerunkami osób, które zginęły podczas pokonywania szlaku.


Nie tyle chodzi tutaj o nawierzchnię, bo ta nie była zła (szuter pomieszany z drobnymi kamieniami), co o jej szerokość. Na takich trasach nie ma miejsca na błędy: chwila nieuwagi nie zakończy się w przydrożnym rowie, ale na dnie co najmniej kilkudziesięcio metrowej doliny. Dodatkową "atrakcją" są chwile, kiedy trzeba minąć się z samochodem jadącym z naprzeciwka. Są różne metody, ale jeżeli mijanie nie przypadnie akurat na rzadkim fragmencie pozwalającym na przejazd obok siebie dwóch pojazdów, to pozostaje niewiele alternatyw: albo ktoś się cofa (co czasami jest sztuką wręcz awykonalną...), albo jeden samochód "wkleja" się w zbocze, a drugi w odległości kilku centymetrów od krańca drogi stara się przejechać. Wysoki poziom adrenaliny gwarantowany.

Trasa z Vermosh do Koplika liczy kilkadziesiąt kilometrów. W pierwszej części to dzika, górska droga. Niestety dla off-roadowych turystów, ale na szczęście dla mieszkańców i pozostałych odwiedzających, preferujących gładkie nawierzchnie, trasa ta jest wyrównywana i poszerzana. Od strony Koplika rozpoczęły się roboty budowlane. Jadąc zobaczyć można koparkę z założonym młotem pneumatycznym, która stoi na krawędzi przepaści i niweluje kolejne nierówności lub też cieżką, kilkunastotonową ciężarówkę lawirującą z urobkiem po serpentynach.


Z naszego punktu widzenia nie jest to pocieszający widok... Nie ma już dawnej Transalpiny, a teraz kolejny fragment jest odbierany naturze i przywracany człowiekowi...

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Koplika. Rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu w okolicy jeziora Szkoderskiego. Niestety- wybrzeże albo było zajęte przez prywatne działki, albo też nie nadawało się nawet dla tak tymczasowego, jak nasze zamieszkania. Wszechobecny był brud i śmieci. Przykro jest to pisać, ale sytuację oddaje żart, który wymyślił jeden z członków ekipy:
"Po co Albańczyk buduje płot?
Żeby za niego wyrzucać śmieci."
Trzeba przyznać, że w miastach przy drogach stoją duże, ogólnodostępne pojemniki. Nie zmienia to faktu, że wystarczy przejść najwyżej kilkanaście metrów w dowolnym kierunku, aby natknąć się na dzikie wysypisko. Wracając do poszukiwania miejsca na nocleg: brzeg jeziora albo był zajęty przez kąpiących się Albańczyków, albo stanowił dojście do wody dla zwierząt, albo był podmokły, albo zaśmiecony. Nie mając czasu na dalsze poszukiwania postanowiliśmy podjechać w stronę gór i tam spróbować szczęścia.
Decyzja okazała się trafna. Po parunastu kilometrach i małej przygodzie (Jacek w międzyczasie przebił oponę i trzeba było w trybie pilnym znaleźć wulkanizatora) znaleźliśmy fragment niezagospodarowanej, lekko kamienistej, ale za to pięknie pachnącej macierzanką i lawendą łąki, z widokiem na jezioro i otaczające je góry.


Rozłożenie namiotów lekko utrudniały osty i dosyć duża liczba mrowisk, ale sytuacja została opanowana i mogliśmy cieszyć się kolejną chwilą wypoczynku. W bezpośredniej bliskości naszego obozu znajdowały się dwa bunkry. Bunkry to również rzecz, która w Albanii zmienia się dynamicznie. Jeszcze kilka lat temu nie sposób było przejechać kilkuset metrów bez napotkania tych budowli. Teraz trzeba dobrze wypatrywać, aby je dostrzec. Są wyburzane lub przerabiane na przykład na śmietniki (jak ten z przełęczy na trasie Koplik-Theth).



Dzień 6 - Góry Przeklęte
16 lipca, szóstego dnia naszej wyprawy, planowaliśmy pokonanie górskiej drogi do Theth. Wczesnym rankiem obudziły nas dźwięki dzwoneczków, zaciekawieni wyglądaliśmy z namiotów. Okazało się, że na łące obok pojawiło się towarzystwo: niewielkie stado owieczek, kilka krów z dzwoneczkami oraz kilkunastoletni opiekun stada, który z pobliskich skał postanowił bacznie obserwować nasze poranne przygotowania. Niestety wiązało się to dla nas z pewnymi utrudnieniami w porannych czynnościach... Z opałów wybawił nas ojciec chłopca zaganiając go do grabienia siana. Po śniadaniu bez przeszkód ruszyliśmy w trasę. Z trudem wyminęliśmy na jezdni ogromne stado owiec i po chwili spotkała nas kolejna przykra niespodzianka: na drodze, podobnie, jak w przypadku trasy z Vermosh, trwały roboty drogowe. Spychy oraz ciężarówki bezwzględnie równały drogę, bez sentymentu pozbawiając ją wszelkich atrybutów niedostępności...
Niemal do samej przełęczy trasa jest już poszerzona i wyrównana. Jedynie ostatni odcinek pozostał nienaruszony. Pierwotnie zakładaliśmy dojechanie do Theth i nocleg tam. Niestety- lepsza droga spowodowała, że już około 13 byliśmy na miejscu. Po krótkim obejrzeniu położonej w malowniczej dolinie miejscowości oraz zaopatrzeniu się w tradycyjne albańskie sery i chleb u Francesca (chłopca znanego chyba każdej ekipie docierającej w to miejsce) podjęliśmy decyzję o wyruszeniu w drogę powrotną. Ta trasa ze wszelkich miar zaspokoiła nasze apetyty na wymagającą przeprawę. Wszystkiego było pod dostatkiem: ciasnych zakrętów, głębokich przepaści po jednej stronie i skalnych ścian po drugiej, stromych podjazdów kończących się zakrętami o 90-180 stopni oraz pięknych widoków na Góry Przeklęte.



Z racji tego, że wyruszyliśmy w drogę powrotną stosunkowo późno, mniej więcej w połowie trasy zaczęliśmy szukać kawałka polany, który nadawałby się na założenie obozu. Niestety- był z tym problem. Ku naszej uciesze, około 17:00 z za zakrętu wyłoniła się płaska (co wbrew pozorom nie jest standardem) polanka. Były na niej resztki bytności zwierząt (jeżeli domyślacie się co mam na myśli) oraz dwie bramki ułożone z kamieni. Nie trzeba było długo się zastanawiać, że trafiliśmy na boisko miejscowej młodzieży. Po krótkim namyśle postanowiliśmy zostać. Po rozłożeniu namiotów, nie wiadomo skąd (bo z gór, gdzie nie było domów) na placu pojawiło się kilku miejscowych młodzieniaszków, w wieku od około 10 do kilkunastu lat. Jeden z nich wyposażony był w karabin, który dumnie sterczał mu ponad głową. Towarzystwo zaczęło się nam bez skrępowania przyglądać, żywo komentując nasze poczynania. Liczba chłopców zmieniała się dynamicznie. Niestety- nic nie zapowiadało tego, że odejdą, pozostawiając nas w spokoju. Zaczęliśmy domyślać się, że popsuliśmy im plany związane z wieczornym meczem. Zapadła decyzja: odjeżdżamy. Żaden z nas nie miał pewności, że ciekawość młodzieży nie będzie skutkowała komplikacjami w nocy, postanowiliśmy nie ryzykować. Ruszyliśmy dalej.

Po drodze spotkała nas kolejna przygoda z ekipami wycinającymi drzewo. Po ścięciu pnie ładowane są na ciężarówki, które zwożą je na dół. Jedna z ciężarówek zepsuła się, całkowicie tarasując przejazd. Po chwili za nią pojawiła się kolejna, później staliśmy my, a za nami kolejne trzy ciężarówki. Po kilkudzisiesięcio minutowym oczekiwaniu udało się uruchomić zepsutą maszynę i droga została odblokowana.



Tymczasem zaczynało się ściemniać. Żadna z miejscówek nie przypadła całości ekipy do gustu, w ten sposób przemieszczaliśmy się dalej nie decydując się na rozłożenie namiotów. W ten sposób, przed północą zatoczyliśmy koło i dotarliśmy do naszego poprzedniego obozu w pobliżu Koplika. Plusem tej sytuacji było zaoszczędzenie jednego dnia, minusem: fakt, że ostatnią część trasy pokonaliśmy w nocy, przez co nie dane nam było raczyć się urokami gór i podziwiać przełęczy pod naszymi kołami.


Dzień 7, 8 i 9 - Kotor i okolice
Nazajutrz wyruszyliśmy z powrotem do Czarnogóry, obierając kierunek na Zatokę Kotorską. Tym razem granicę przekraczaliśmy na południu i już po chwili mogliśmy cieszyć oczy wspaniałym widokiem Adriatyku. Nasza trasa przebiegała malowniczo położoną drogą wzdłuż całego wybrzeża Czarnogóry.



Do celu dotarliśmy wczesnym popołudniem, rozpoczynając jak najszybciej, po wcześniejszych doświadczeniach, poszukiwanie noclegu. Niestety- znalezienie obozowiska "na dziko" czy też campingu spełniającego nasze idylliczne wymagania (położony nad morzem, z plażą, palmami itp.) spełzło na niczym. Po ponad dwugodzinnym zwiedzaniu wybrzeża postanowiliśmy zatrzymać się w jednym z pierwszych, mijanych po drodze, campingów.
Miejscówka okazała się całkiem znośna: mogliśmy rozbić się w jednym miejscu, duża cześć placu znajdowała się w cieniu starych drzew oliwnych, na plaży znajdował się bar serwujący zimne, lane piwo i całkiem, całkiem znośnie potrawy, również na gorąco. Do minusów należał standard sanitariatów oraz odległość do plaży (na plażę szło się szybko, natomiast powrót skutkował zadyszką ze względu na dosyć znaczne pochylenie terenu). Całość jednak trzeba ocenić pozytywnie.
Rozpoczęliśmy dwudniową labę, poświęconą głównie plażowaniu. Dzieci były wniebowzięte. Wprawdzie piasku nie było (plaża była kamienista), zaś samo wejście do morza wymagało małej ekwilibrystyki i dobrego poczucia równowagi (dno pokrywały całkiem spore kamienie), co jednak nie przeszkadzało nam cieszyć się urokami plażowania.



W międzyczasie zwiedziliśmy Kotor, podziwiając uroki starej części miasta oraz jachtów i okrętów stojących w porcie. Mieliśmy też okazję przejechać trasą Cetinje-Kotor dokonując wydawałoby się niemożliwych manewrów przy mijaniu się z kolejnymi autokarami jadącymi tą turystyczną trasą.



Dzień 10,11 - powrót do domu
Sobota, 20 lipca, to czas powrotu. Spakowani wyruszyliśmy w drogę powrotną, zatrzymując się w Pecs, na Węgrzech. Nasza wyprawa zakończyła się 21 lipca 2013 r.

Dane statystyczne:

  • Liczba załóg: 4
  • Liczba dorosłych: 9
  • Liczba dzieci: 10
  • Wiek najmłodszego uczestnika: 1,5 roku
  • Liczba przejechanych kilometrów: około 3800 (wartość różna dla różnych załóg)

Trasa i inne informacje

  • 1 dzień: Polska - Slavonski Brod, nocleg w hotelu (pokój 4 osobowy 71 euro)
  • 2 dzień: Slavonski Brod - jezioro Pivsko, nocleg na górskiej polanie
  • 3 dzień: jezioro Pivsko - most na Tarze, nocleg na campingu (cena za 2 namioty: 8 euro)
  • 4 dzień: most na Tarze - Plav, nocleg pod namiotami na terenie hotelu (cena za 2 namioty: 10 euro)
  • 5 dzień: Plav - Koplik, nocleg na łące
  • 6 dzień: Koplik - Theth - Koplik, nocleg na łące
  • 7 dzień: Koplik - Sv. Stefan, nocleg na campingu (cena za 2 namioty, 2 dorosłych, 3 dzieci i samochód: 21 euro za dobę)
  • 8,9 dzień: plażowanie, wycieczka do Kotoru
  • 10,11 dzień: powrót z noclegiem w Pecs, cena za pokój 4 osobowy: 88 euro

Galeria zdjęć

Trasa przejazdu